niedziela, 2 lipca 2017

96 bezdzidziogodzin

Jest 2:00 w nocy. Właśnie dostałam z kolanka w brzuch. W oku mam palec. Otwieram drugie oko i widzę jak M. śpi zwinięty w rogalik, gdzieś daleko, na skrajnych 12 centymetrach naszego narzeczeńskiego łoża 160x200 (z Ikei, żeby nie było). Nawet go nie dosięgnę. Staram się wydobyć resztkę swoich, żywych jeszcze, włosów z małej, zaciśniętej piąstki. Co ta Dzidzia tu robi? Przecież "my nie będziemy spać z dzieckiem", przecież "nasze łóżko pozostanie tylko naszym łóżkiem" i "nie pozwolimy, żeby Dzidzia spała pomiędzy nami".

Mmmmhm. Sratatata.

Rzeczona mała Dzidzia, jak nic i nikt nigdy wcześniej, nauczyła mnie, że cokolwiek sobie przed jej narodzinami postanowiłam, to i tak o kant tyłka potłuc, bo życie z nią weryfikuje wszystko. I gdybym teraz posłuchała swoich ciążowych mądrości, to sama bym się wyrzuciła z grona znajomych na fejsie. Mądrala roku 2016. Ekspert do spraw wychowania nienarodzonych jeszcze dzieci. Pedagog, psycholog i neonatolog w jednym. Fachowiec, znawca, teoretyk.

A teraz kto? A teraz matka vel. miękka fryta. Dzień dobry. Komuś radę?

W listopadzie, głaszcząc swój niewielki jeszcze brzuszek z Hanką w środku, mówiłam do mojego M. "no pewnie, że wyjedźmy w czerwcu w Dolomity. Mała będzie miała już prawie 4 miesiące, zostanie z babcią. To tylko 4 dni, więc co to za problem. Pff, weź no, przecież nie będę uwiązana do dziecka. Ja nie wytrzymam?".

Ojć...

Bo nagle wizja zostawienia Hanki na 4 dni, czyli 96 godzin (sam fakt, że to w ogóle policzyłam, świadczy o moim psychicznym stanie) mnie przerosła. Przecież ona taka malunia, przecież jestem jej mamusią, ona moją córusią, ona mnie potrzebuje, ja potrzebuję jej, a Dolomity są do bani i wcale nie muszę tam jechać, skoro mogę jak człowiek iść na spacer do Pepco. 

Oczyma wyobraźni widziałam tysiące czarnych scenariuszy. Taki na przykład: SOR w Otwockim szpitalu, zdarta zielona lamperia, jarzeniówka mruga. Płacząca Hanka z płaczącą babcią, krew się leje (nie wiem skąd, ale w tej wizji się leje), a lekarz grzmi: "GDZIE JEST MATKA TEGO DZIECKA?!". A matka tego dziecka, cała uchichrana, chleje sobie właśnie włoskiego winiacza za 2 Euro. W namiocie, w Dolomitach. Bo dalej się nie dało. 

Dlatego postanowiłam. Nie jadę. Ale z drugiej strony, to są kurcze Dolomity... i bilet na samolot już mam i M. mnie będzie potrzebował... Jadę. Tak, będę silna i pojadę. Ojej, ojej, Dzidzia płacze, już za mną tęskni. Nie jadę. Chociaż to tylko 96 godzin... przecież ten koleś, co mu ręka w skale utkła i musiał wytrzymać 127 godzin miał gorzej... Nie będę mięczak i pojadę. Albo nie.

x100

I teraz, z perspektywy to śmichy-chichy, ale to naprawdę nie była łatwa decyzja. I tylko spokój i opanowanie mojej najlepszej na świecie teściowej sprawiło, że cała we łzach, z plecakiem, ale jednak poszłam na ten cholerny pociąg, co mnie zawiózł na ten cholerny autobus, co mnie zawiózł na ten cholerny samolot.

I poleciałam. I chlałam tego włoskiego winiacza za 2 Euro. W namiocie, w Dolomitach. A dziecko wcale nie było zalane krwią na SORze w Otwocku, tylko uśmiechnięte gadało i pluło na swoją ukochaną babcię. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz