czwartek, 23 lutego 2017

O kąciku małej Hanny na przestrzeni mocno ograniczonej

Bo to powinno być tak, że kiedy kobieta zachodzi w ciążę, to jej mieszkanie też zachodzi w ciążę. I potem kobieta rodzi dziecko, a jej mieszkanie rodzi dodatkowy pokój. I wtedy by było sprawiedliwie, wtedy by było humanitarnie i wtedy byłoby miejsce. A tak, miejsca nie ma, humanitarnie nie jest, a sprawiedliwości na tym świecie jak nie było, tak nie ma. 

Więc co się wówczas robi? Wówczas się upycha. W kartony. W wory. Upycha się po kątach, szafkach i szafeczkach. Odgraca się przestrzeń, tylko po to, żeby zagracić czymś większym i pojemniejszym. I okazuje się, że pod łóżkiem jest kupa miejsca. Że szafę od sufitu dzieli 25 cm przestrzeni, a to przecież też jest kupa miejsca. Że szafeczki po dwóch stronach łóżka to zbędny luksus skoro mają tylko jedną małą szufladkę i pal licho symetrię, pal licho lampkę nocną i cały dizajn też pal licho. Upychać trzeba. Miejsca szukać trzeba. Przestawiać i kombinować trzeba. Oczywiście tylko w przypadku, jeśli mieszkanie nie urodziło tego dodatkowego pokoju.

U nas, po licznych dyskusjach, szantażach emocjonalnych, wędrówkach z meblami po całym mieszkaniu, dziwnych zamianach meblowych oraz naprawdę porządnym upychaniu, udało się w końcu wypracować coś na kształt kompromisu, w którym Hanka wraz ze swoim sprzętem nie wywaliła nas z sypialni zupełnie. Zmieściło się łóżeczko, udało się nawet wcisnąć komodę na wszystkie niezbędne, acz mocno skompresowane hankograty, hankoakcesoria i hankociuszki.






Wszystkich tych, którzy właśnie wsiadają na koń i wyruszają na krucjatę przeciwko matce wariatce, która dziecko własne królikiem chce udusić, pragnę uspokoić, że to tylko pokazówka. Jedynym, słusznym lokatorem łóżeczka będzie Hanna, a banda gryzoni przeniesie się wówczas na półkę. Póki jednak Hanna nie spieszy się na świat ani trochę, a matka jej z dnia na dzień do zdrowszych psychicznie nie należy, to patrzenie na króliki w łóżeczku sprawia jej perwersyjną przyjemność. I już.




Przeczytałam cały Internet związany z urządzaniem dziecięcych kącików. Nie wiem, czy wszystko będzie przydatne, czy ustawienie jest praktyczne, co się sprawdzi, a co nie, ale najwyżej będziemy improwizować :) 

Na koniec apel do Hanny, córki naszej jedynej: HANKA WYCHODŹ JUŻ! BO CI SIĘ KRÓLIKI ZAKURZĄ!


niedziela, 12 lutego 2017

Impreza niespodzianka dla Sherlocka Holmesa. Czy to pyknie?

Znacie taki typ człowieka "wkurzający Sherlock"? Jeśli znacie, to współczuję, jeśli nie znacie, to uwierzcie mi, że Wasze życie jest łatwe. Tak, wkurzający Sherlock to właśnie ja. No cześć.

Kim jest ten typ? Ano przede wszystkim jest to typ drążący. Taki, co to za cholerę nie odpuści. Będzie skubaniec drążył, drążył, aż wydrąży. Będzie łapał za słówka, czepiał się szczegółów, zadawał miliony niewygodnych pytań w najmniej odpowiednich momentach. A potem, w swojej sherloczej głowie doda sobie 2+2. I wyjdzie mu 6, ale jaki będzie dumny! Jaki wkurzający! Jaki "ha! Wiedziałem!" 

A teraz sobie jeszcze dodatkowo wyobraźcie, że ten właśnie wkurzający Sherlock jest w ciąży. Wówczas do powyższego można dodać jeszcze ataki histerii, płaczu, fochy, sceny w domu i w miejscach publicznych. I mogłoby się wydawać, że na ten właśnie przypadek jest sposób. Trzeba mu szybko dać cukru. W dowolnej postaci. Widzisz już co się święci, więc biegniesz w te pędy po pączka, muffinkę, tiramisu, cokolwiek. Ale tylko przy odrobinie szczęścia się uspokoi, bo jeśli to nie jest akurat Twój szczęśliwy dzień, to wykryje podstępny plan utuczenia w celach bliżej nieokreślonych.

I teraz spróbujcie temu typowi zorganizować imprezę niespodziankę. Gwarantowane są zszargane nerwy, bonusowe siwe włosy, nocne koszmary senne, a na koniec konieczność odbycia terapii. I to czem prędzej.




I tak oto, w minioną sobotę kilku śmiałków dzielnie próbowało zrobić dla mnie i Hanki niespodziankę. Baby Shower. Bo nigdy nie miałam takiej niespodzianki. Ale już przynajmniej wiem, dlaczego ;) Tak strasznie się starali, tak strasznie chcieli utrzymać wszystko w tajemnicy... a ja im tak psułam. Byłam tak wkurzająca, że szczerze się dziwię, że mi tych dmuchanych literek nie wepchnęli do gardła, czy gdzie tam się jeszcze da. 

No, ale czasem natury nie oszukasz! Bo kiedy widzisz swojego mężczyznę, który liczy w szafce szklanki, kiedy koleżanka na dwa dni przed imprezą mówi na pożegnanie "no to może jeszcze kiedyś się zdzwonimy", kiedy siedzisz z przyjaciółką na kanapie i ona dostaje nagle wiadomość i niemal chowa telefon pod koc, żeby ją odczytać... wtedy wiesz przecież, że coś się dzieje. I wtedy właśnie zaczynają się niewygodne pytania. "A kto tam do Ciebie tak pisze?" "A co robimy w sobotę?" "A o czym rozmawiasz z moją siostrą?" Wkurzający Sherlock szuka sensacji. Najlepiej wyszli na tym ci, którzy w ogóle ze mną nie gadali ostatnimi czasy, chociaż muszę przyznać, że i oni byli podejrzani :P






Koniec końców, wyszło wszystko cudownie. Prześliczne dekoracje, super jedzenie, ale najważniejsze było cudowne towarzystwo. Bardzo, bardzo Wam wszystkim dziękuję! Jesteście najlepsi :* I Hanka też to wie!

Niechaj to zdjęcie będzie dowodem... ;)



piątek, 10 lutego 2017

Po co są zasady?

Cenię sobie ludzi z zasadami. A ludzie mają w życiu różne zasady. Znam takich, którzy w myśl swoich zasad nigdy nie jedzą dekoracji talerza, nie upiorą niesparowanych uprzednio skarpetek i nie wpuszczą taksówkarza w korku. I spoko, ja to szanuję. To są ich zasady.

Są też ludzie zupełnie pozbawieni zasad, ludzie, którzy w lipcu mogą radośnie nosić skarpetki w renifery, ludzie którzy za nic mają instrukcje w grach planszowych, ludzie, którzy nie jedzą czekolady przed obiadem. Generalnie degeneraci. Spoko, brak zasad to też jakaś zasada. Tych od reniferów też szanuję.

Ja na przykład miałam w życiu ważną zasadę: nigdy legginsy do samej bluzki. I co? I dupa. No właśnie, w przenośni i dosłownie o dupę tu chodzi. A ciąża połamała mi liczne zasady.  


A czy są jakieś zasady w społeczeństwie, które dotyczą ciąży? Miałam tu na blogu nie jęczeć (ot, kolejna zasada połamana!), ale jako socjologo-politolog, jako autorka pseudonaukowej pracy o stereotypach płci, w końcu jako kobieta, a na dodatek w 9 miesiącu ciąży, czuję się wyjątkowo uprawniona do owego jęknięcia. No, bo jak to jest z tym stanem błogosławionym? Ano jest tak, że generalnie to on jest niewidzialny.

Muszę przyznać, że jakoś wyjątkowo w tej ciąży zpipowaciałam. Wcześniej miałam w sobie jakąś taką wewnętrzną, waleczną Xenę i nie dawałam sobie w kaszę dmuchać, a teraz stoję w tych kolejkach w sklepach, z tym brzuchem jak ta pipa właśnie. A przede mną stoi pani. Pani odwraca się w moją stronę i patrzy, nagle zauważa brzuch i w jednej sekundzie już jest najpilniejszą studentką własnych zakupów na taśmie, prezentując mi tył swojego wełnianego palta. A przed panią jest kilku panów z zakupem ważnym w czwartkowy poranek, no bo jak to czwartkowy poranek bez kilku Żubrów zacząć? Panowie z Żubrami też niby nie widzą. Nawet w kasie z pierwszeństwem są fochy, wzdychy i przewracanie oczami. 

W zatłoczonym autobusie ciąża też jest niewidzialna, a jak już ktoś zwróci uwagę, to raczej na twarzy ma wypisane "no i po co babo jeździsz komunikacją? Siedź na tyłku w domu i się głaszcz po brzuchu". A no po to, kurna, jeżdżę drogi współpasażerze, że czasem muszę i uwierz mi, że oglądanie Twojego fejsa z odległości kilku centymetrów i wąchanie pachy człowieka obok, nie należą do ciążowych przyjemności. W ogóle nie należą do przyjemności.

No i jeszcze zostaje praca. Otóż okazuje się, że nie jest ważne co zrobiłaś wcześniej, że się starałaś, jak ciężko pracowałaś. Wraz z dniem, w którym decydujesz już nie jeździć 3 godziny dziennie pociągami i nie siedzieć 8 godzin za biurkiem, a jeszcze nie masz pełnego rozwarcia, które by Cię uprawniło do chwilowego pożegnania z korpo, to okazuje się, że właściwie to chyba nigdy nie istniałaś. I to jakoś tak boli, bo się starałaś przecież, bo przecież dziecko to naturalna sprawa, bo trzeba mieć dzieci, bo demografia, bo przyszłość, bo work-life-balance, bo kobiety są w tym korpo takie ważne, bo równouprawnienie, bo srata-tata. Ale dziękuję za kubeł zimnej wody na głowę.

I nie jest tak, że ja oczekuję, że świat nagle stanie na głowie, zatańczy i zrobi wycinankę, a to wszystko bo Magda jest w ciąży. Wystarczy mi, że w domu jestem księżniczką. Ale jednak spodziewałam się czegoś innego, więcej gestów życzliwości, zrozumienia, uprzejmości. I oczywiście też nie jest tak, że się z tym w ogóle nie spotykam, bo jasne że tak, ale jednak społeczeństwo jako ogół, mocno mnie w tym względzie rozczarowało. Ot, naiwna ja.


piątek, 13 stycznia 2017

Ludzie, co ze mną?

Popłakałam się, bo mąka się krzywo otworzyła. A potem popłakałam się znowu, jak o tej krzywo otwartej mące opowiadałam mojemu M. Potem się z tego śmiałam i on też się śmiał. A potem się popłakałam, bo on śmiał się za bardzo, co jednocześnie mnie wkurzyło.

Świr. 
Albo ciąża.
Jednak ciąża...


Bo kiedy jest ciąża? Ciąża jest wtedy, kiedy leżysz zamknięta w sypialni, a mężczyzna otwiera lodówkę w kuchni, i zanim on zobaczy co jest w środku, Ty już czujesz, że jest tam kiełbasa i cebula. Cebula leży 3 dni, a kiełbasa zawiera następujące przyprawy. I śmierdzi. Ciąża jest wtedy, kiedy on jest na klatce schodowej i jeszcze nie włożył klucza w zamek, ale Ty już czujesz, że zjadł pasztet z czosnkiem i przez 3 dni go nie pocałujesz. Ciąża jest wtedy, kiedy śmierdzi regał. Tak, regały śmierdzą. Nie wiem, co ludzi w tym dziwi. Ciąża jest też wtedy, kiedy bardzo chcesz zupę ogórkową, więc on gotuje 3 litry, a Ty zjadasz miseczkę i mówisz "wylej, bo śmierdzi". Gdybym miała określić, jakie słowo wypowiadałam przez pierwsze 3 miesiące najczęściej, to byłoby to z pewnością "śmierdzi". 

A potem jest lepiej. Na trochę. Bo ciąża jest wtedy, kiedy się sika. Ciągle. Zawsze. Nie powiem, że bez przerwy, bo przerwa owszem jest, żeby dojść z łazienki na kanapę. I koniec przerwy. Znowu siku. Jedziesz na zakupy i myślisz sobie "ale będę sprytna, wysikam się przed wyjściem z domu!" Schodzisz na dół do samochodu i zgadnij co znowu musisz. Ciąża jest wówczas, kiedy kupisz sobie ciążowe ogrodniczki, a potem się okazuje, że żeby się w nich z godnością wysikać, to najlepiej jednak nie być w ciąży. 


Ciąża jest też wtedy, kiedy dostajesz tysiące złotych rad. "Kurczaka nie jedz, tylko gęś, ale jak już kaczkę, to tylko z Lidla. Włosów nie farbuj, bo Ci wypadną, no chyba że u Pani Małgosi, to może nie wypadną, ale i tak dziecku zaszkodzisz. Gotowane jedz, pieczone ostatecznie, smażonego nie tykaj i na drutach nie rób, bo Ci się dziecko w pępowinę zaplącze. Do tego szpitala nie idź rodzić, Kryśka w 83 roku rodziła w tamtym i tam to dopiero były warunki. A w ogóle to kiedyś kobiety rodziły w polu, zadzierały kiecę i jazda, a teraz to wydziwiają i pojedynczych sal im się zachciało. I migdały jedz. I cytryny, bo potem to nie będziesz mogła jeść cytryn, bo uczulają. A te spodnie nie za ciasne? Ale twarz to Ci się poprawiła, nie ma co."

Ciąża jest wtedy, kiedy płaczesz na środku Ikei, bo on powiedział "Ty chyba jednak nie wiesz kochanie czego chcesz". A Ty wiesz. Wiesz przecież, że chcesz białe. Albo czarne. Ewentualnie różowe lub drewniane. Ostatecznie szare. Ale po co zaraz afera? A poza tym powiedział to jakoś tak chamsko. Więc on Cię przytula i stara się zapobiec jeszcze większej masakrze, nie wiedząc jeszcze, że donośne chrumkanie pomiędzy jego ramieniem a szyją to już histeryczny śmiech.




Ostatecznie można powiedzieć, że ciąża jest też wtedy, kiedy masz po prostu wielki brzuch i nie widzisz swoich stóp od miesięcy. I kiedy ten brzuch sprawia, że chodzisz jak kaczka. Kiedy wstając i siadając wydajesz z siebie dźwięki jak z filmów dla dorosłych. Ewentualnie przyrodniczych. Kiedy w nocy przez ten brzuch nie możesz spać. Ale to wszystko to nic, bo masz w tym brzuchu małą Hankę i kochasz ją i nie możesz się tej kruszynki doczekać. I głaszczesz ten wielki brzuch, i gadasz do niego w przerwach pomiędzy płaczem, sikaniem i kupowaniem tych maluśkich ubranek. I w to właśnie wtedy jest ciąża.

Buziaki :)
Magda



środa, 21 grudnia 2016

Przedświąteczne (nie)wstydliwe wyznanie i dramat blogerki

Na początek wyznanie: 3 listopada odpaliłam "Last Christmas". Zrobiłam to świadomie. Żadne pod wpływem, żadne w afekcie, nikt nie stał z nożem. Nie, nie było za wcześnie. Powiem więcej, pierwsze "Last Christmas" w tym roku włączyłam w pewien sierpniowy, mglisty poranek. Tak, sierpniowy. Bo jestem nienormalna. I najważniejsze - bo mogłam. Nie wstydzę się owego incydentu, i dodam, że są nauszni świadkowie wydarzenia. A kiedy tylko w listopadzie znicze ustąpiły miejsca czekoladowym mikołajom na wejściu do Tesco, świąteczna celebracja przestała już być tyko duchowa, a ja rozpoczęłam trudną pracę i morderczy wyścig o tytuł "chodzącej bombki roku 2016".

Świąteczne plany miałam ambitne. Kilka lat temu widziałam zdjęcia mieszkania, na które Święta się po prostu wyrzygały. Gwiazdeczki, lampeczki, choineczki. Srebrne, złote, czerwone. Elfy w łazience, renifer na balkonie i Mikołaj na dachu. Podobny klimat miałam w głowie, do podobnego porzygu zmierzałam. A potem gdzieś popełniłam błąd...

Przez ponad miesiąc mieszkanie wyglądało tak, jakbyśmy dopiero co wrócili z bazaru. Siatki. Wszędzie siatki. Siatki do wyniesienia, siatki przyniesione, siatki do oddania, siatki do przejrzenia, przejrzane siatki do wyrzucenia, przejrzane siatki do oddania i siatki z którymi cholera wie co zrobić. Siatki z Biedry, siatki sprzed lat, siatki porwane i całe. I tak chodził ten mój biedny mężczyzna z tymi siatkami do samochodu, z samochodu, do komórki i z powrotem. Gubił się przy tym, czasem długo nie wracał, a czasem chodził dwa razy, bo zapomniał z czym i po co właściwie szedł. 
Nawet gdybym w tym okresie, wyjechała z moim brokatowym, świątecznym reniferem, to prawdopodobnie i tak zniknąłby gdzieś między siatkami lub co gorsza trafił do jednej z nich. Czyli nastroju zero. Zdjęć zero. Brokatowego renifera zero. Siatek pisiont. Sytuację udało się opanować dopiero w minioną niedzielę.. (a co w tych siatkach, napiszę w następnym poście ;))









A teraz dramat. Dramat prawdziwy i wyjątkowo dla blogerki bolesny (patrząc na regularność pojawiania się postów na moim blogu, słowo blogerka wydaje się być wyjątkowo zabawne i jeszcze wyjątkowiej niepasujące). Kiedy zaczęłam tu sobie coś skrobać, miałam silne postanowienie, że blog na długie lata pozostanie moją tajemnicą, a kiedy już będę sławna i bogata, kiedy wydam książkę pod pseudonimem i urządzę mieszkanie jakiejś gwiazdy, to może się komuś ujawnię, ale i to nic pewnego. Oczywiście już po pierwszym tygodniu wypaplałam komu się dało, a licznik odwiedzin skoczył drastycznie z 4 do 8 dziennie. W dzień publikacji posta. Potem okazało się, że nie odznaczyłam w bloggerze opcji "nie licz moich wejść" i znowu spadł do 4. Pewnych postanowień trzymam się do dziś, fanpejdża nie mam, reklam nie robię i jak byłam, tak jestem cienki bolek. Ale najbliżsi wiedzą, czytają. I błąd.

Narobiłam prezentów DIY i nic nie mogę pokazać. Ani jednej fotki, ani jednego kadru, ani kawałka pomysłu, bo każdą niespodziankę szlag trafi. I to mnie boli. Boli mnie szczerze, bo pokazywać pomysły na świąteczne prezenty po Świętach to już jakby lipa. Pokazać za rok? No względnie do przemyślenia, ale i tak nie wiadomo. I tak stoją te rzeczy co to je zrobiłam i nawet w moich krytycznych oczach wyglądają nieźle, ale pokazać nie mogę, więc cierpię sobie przedświąteczne katusze. 

Jedyne co mogę to kilka świątecznych wypieków...




 Oraz zdjęcie pt. "Kochany Święty Mikołaju, już wcale nie chce KitchenAid'a".

 
Jak wynika ze statystyk, następny post popełnię pewnie pod koniec stycznia, także chciałabym złożyć Wam życzenia świąteczne, noworoczne, z okazji Trzech Króli oraz Dnia Babci i Dziadka. Ale skupiając się na Świętach, to życzę Wam, żeby upłynęły w takiej atmosferze jaką sobie wymarzyliście, bez narzucania że rodzinne, że spokojne, że takie i śmakie, po prostu Wasze. A nadchodzący rok niech przyniesie Wam wiele dobrego!

Buziaki! 
Magda

środa, 30 listopada 2016

O znęcaniu się

Skoro w poprzednim poście ustaliłam już, że nie jestem blogerką wnętrzarską, to teraz czuję się w pełni uprawniona do popełniania postów o nic nie znaczących pierdołach, co niniejszym czynię.

Sprawa jest znana: kalendarz adwentowy. Taki kalendarz, to chyba najbardziej wkurzający prezent EVER. Widzisz całymi dniami te małe paczuszki, możesz nawet pomacać, powąchać, ale i tak za cholerę nie wiesz co jest w środku. W dodatku musisz czekać 24 dni, żeby otworzyć wszystkie i szlag cię trafia, że jest dopiero końcówka listopada. Trening cierpliwości, odliczanie do Świąt, adwent - sratatata. To jest zwykłe znęcanie się. Ale jakby z miłością...



Ja w swojej dziecięcej karierze miałam tylko jeden kalendarz adwentowy. Taki z czekoladkami. Czekoladki zeżarłam w okolicach 3 grudnia, ale bardzo starannie podomykałam te papierowe okienka, żeby nikt nie zauważył. Nie dla mnie czekanie. A teraz sama się pastwię...

Bo okazuje się, że nie tylko rodzice kilkulatków się nad nimi znęcają. Jako że do piszczącej i ogarniającej rzeczywistość małej dziewczynki mamy jeszcze ładny kawałek czasu, postanowiłam zrobić próbę na dorosłym osobniku płci męskiej. I teraz mamy w domu problem, bo nie wiadomo czy (na)rzeczony osobnik bardziej mnie za tę próbę kocha czy bardziej nienawidzi. Usłyszałam już że to nieludzkie, że tak się nie robi i klasyczne "no eeeeej!!!" Były też dźwięki nieartykułowane i tupanie. Czekam jeszcze na szantaż, obrażanie i podstępne próby przedwczesnego sięgnięcia po swoje. 

Zanim się ujawniłam z formą szykowanej niespodzianki, była też zabawa w 100 pytań: a czy to da się zjeść? A czy moi koledzy już to mają? Czy to kucyk? A na jaką literę?




Po zawiązaniu 24 kokardek, użyciu około 100 kawałków taśmy klejącej, kilku godzinach ze zdrętwiałymi nogami na podłodze, wniosek dla samej siebie mam tylko jeden: w tym roku prezenty pod choinką będą w torbach. I nara.

Na koniec cała prawda o aranżacji salonu podczas sesji kalendarza. Tak... właśnie tak to wyglądało. I nie, nie żyjemy w tym na co dzień. W sypialni właśnie powstaje SZAFA!!!


A w tym całym pierdzielniku, majaczy sobie pierwsza świąteczna ozdóbka :D 



Jeszcze listopadowe buziaki!

środa, 26 października 2016

8 powodów, dla których nie jestem blogerką wnętrzarską...

... a chciałabym być! Ale czasem los rzuca kłody pod nogi. Kurz na przykład rzuca pod nogi, bałagan na przykład rzuca pod nogi... czasem domownicy rzucą coś pod nogi, a czasem sobie sama coś rzucę i się o to potknę. W każdym razie do blogerki wnętrzarskiej jest mi równie daleko jak temu czemuś za oknem do lata. Dlaczego?

1. Mam w domu kable.

Tak. I one są wszędzie, wystają spod telewizora, łączą z prądem telefony, laptopy i lampki. Plączą się, są szare, czarne i onegdaj białe. Do tych kabli są przedłużacze. Przedłużacze są brzydkie. Blogerki wnętrzarskie nie mają kabli, albo mają takie wypasione, co to widać że się plączą dla dizajnu. Nie mają też przedłużaczy. Lampki blogerek wnętrzarskich lewitują na szafeczkach. Też bym chciała!

 (tu upchnęłam kable pod kanapą :D )

2. Mam w domu mężczyznę.

Okej, można powiedzieć, że żaden wyczyn, tylko że ten mężczyzna ma setki swoich małych pierdół prosto z męskiego świata. Tu zegarek, tam okulary, 10 równolegle używanych par butów biegowych, kabelki i narzędzia, pęczek kluczy, wszystkie te ustrojstwa od konsoli, której włączyć nawet nie umiem. To wszystko się wala po domu, a ja chodzę i przekładam. Przekładam, żeby za chwilę usłyszeć "Kochanieeee? A nie widziałaś mojego zegarka?" Widziałam. "Kochanieeee? A nie widziałaś moich kluczy?" Widziałam. Widziałam. Widziałam Twoje ubłocone, biegowe buciory, przygniatające moją pudrową balerinkę!

3. Nie umiem napisać posta o jednym koszyczku.

A chciałabym, bo koszyczek mam fajny! Mogę mu zrobić 50 zdjęć. Mogę. Ale potem każde z nich wydaje mi się takie samo i jakoś nie potrafię zrobić dobrego zooma na złoty uchwyt, a potem z drugiej strony z zasłonką w tle, a potem z góry, ale z inną poduszką w środku. Coś mi tu zgrzyta. Ale podziwiam, naprawdę podziwiam jak ktoś ma tę umiejętność.


4. Nie umiem zrobić artystycznego nieładu.

Gdzieś dawno temu, zupełnie nieświadomie wyszłam z założenia, że albo pierdzielnik, albo artystyczny. Zazwyczaj jednak pierdzielnik. Kurde, ile to kosztuje energii, żeby rzucić na kanapę kocyk w taki sposób, żeby miało się wrażenie, że jednocześnie właśnie się z tej kanapy wstało, ale tak, że odcisk tyłka nie został, ale też żeby ta kanapa zapraszała wszystkich i mówiła cicho i seksownie "no wskakuj mała, będzie nam ciepło i miło, patrz jakie mam kocyki i poduchy". Moja kanapa mówi "sorka, ktoś już tu siedział i wstał na chwilę, wygrzał se więc nara".


5. Mam nadpalone świeczki.

Tak, to przykra sprawa jest. Bo one wtedy wyglądają niefajnie, a z drugiej strony kupować żeby tak stały? No dobra, przyznaję, mam jedną "świętą świeczkę". Jest tylko do ozdoby, super wychodzi na zdjęciach i szkoda mi jej zapalić, bo to prezent, a na dodatek była droga. Resztę palę...


6. Moje poduszki się gniotą.

A na innych blogach się nie gniotą! Ja też chcę! Ale jak się na nich wysiedzę i wyopieram to potem wyglądają jakby przeszły w życiu traumę. I jak tu takim robić foty? Zdradźcie coś, jak z tym walczyć?


7. Szkoda mi kasy na dizajn.

Oglądam na blogach setki wypasionych rzeczy, w których się zakochuję. A potem patrzę na te takie podsumowania na końcu wpisów i widzę, że świecznik został zaprojektowany przez ikonę polskiego dizajnu i kosztuje 150 zł... naprawdę cenię młodych i niemłodych, ale zdolnych artystów, ale 150 zł za świecznik nie dam, bo dla mnie to kupa kasy. Moje świeczniki to zwykłe zwykluchy z sieciówek, tyle że z tym akurat mi dobrze. 


8. Nie ścielę łóżka.

Wiem, nie ma się czym chwalić i mama nie byłaby dumna. Ale z zazdrością patrzę na takie śliczne sypialnie, gdzie na łóżku leżą różne narzuty, a o zagłówek opierają się poduszki w różnych ubrankach. Minimum po 6 na jedną stronę łóżka.... Zazdro. U mnie czasem leży jedna ozdobna, jak przychodzą goście i wiem, że mogą wejść do sypialni. Resztę czasu ta poduszką spędza pod łóżkiem/obok łóżka/na praniu/pod praniem/w Narnii. 

No chyba, że robię fotki, to wtedy to już zupełnie inna historia ;)

Buziaki,
Magda